|
Don't cry for me Argentina, czyli ja tu jeszcze wrócę! Mija właśnie równo dziewięć dni od chwili, gdy Rozsądek zwyciężył z Ambicją. No, może przy pewnej pomocy ze strony ratowników górskich przebywających właśnie na patrolu w rejonie szczytu Aconcagui. Dostępny na wyciągnięcie ręki szczyt zaczął się oddalać, a Rozsądek nakazał ostrożne schodzenie w dół. Tak kończyło się moje zdobywanie najwyższej góry Ameryki Południowej. Ale może czas cofnąć się o 16 dni.
27 stycznia 2008 roku wyruszyłem po raz kolejny na inny kontynent, tym razem padło na Amerykę Łacińską. Głównym celem było zdobycie szczytu Aconcagui (6962 m. n.p.m.), a gdyby zostało trochę czasu - jedno-, może dwudniowy wypad nad ocean. Wszak zmęczone dziwną polską zimą ciało bez dwóch zdań trzeba raz na jakiś czas wymoczyć w czymś ciepłym. Z Warszawy leciałem hiszpańską Iberią (odradzam), niestety sam (choć w samolocie do Madrytu i podczas kilkugodzinnego spaceru po tym hiszpańskim mieście towarzyszyła mi, dość przypadkowo zresztą, znajoma ze Speleoklubu Warszawskiego wraz z koleżankami). Podróż z Madrytu do Santiago de Chile przegadałem z sąsiadką z fotela obok, Holenderką udającą się na festiwal filmowo-muzyczno-diabli-wiedzą-jeszcze-jaki na Wyspy Wielkanocne. Miała tam spędzić miesiąc, kręcąc film i pstrykając zdjęcia, a o samej imprezie mówiła z wielkim podnieceniem i zaangażowaniem. Może kiedyś trzeba będzie spróbować? Lotnisko w Santiago wita m.in. znaną mi już z Nowej Zelandii kontrolą biologiczną - do Chile nie można wwozić owoców, warzyw, nasion itp. itd., za naruszenie zasad grożą dość dokuczliwe kary. Liofilizaty w każdym razie przepuścili, zapewne nie wiedząc do końca, co to właściwie jest. Inni mieli mniej szczęścia i tracili wędlinki, kiełbasy, serki, owoce i kto tam co jeszcze miał. Ci, którzy faktu ?posiadania? nie ujawnili w swoich deklaracjach, płacili niestety grzywnę (jej wysokość zależna była chyba od narodowości). Przemyt jedzenia (ale też i narkotyków) byłby bardzo trudny, po wszystkich bagażach ochoczo biegały odpowiednio tresowane pieski? Przy wyjściu z "przylotów" tłum różnej maści naganiaczy i taksówkarzy, tych oficjalnych i tych "lewych". Jeden strasznie się na mnie uwziął, ale nie było mi na szczęście dane skorzystać z jego usług. Na lotnisku czekałem kilka godzin na przybycie reszty ekipy, do której miałem się niejako "doczepić". Oprócz Magdy Kogut nie znałem dosłownie nikogo. Pojawiali się po kolei: Monika, Lucek, Pablo i Gosia. Już w szóstkę pojechaliśmy do hotelu, który miał się znajdować ?blisko dworca autobusowego?. Jak się okazało, na dworzec było dość daleko. Ten dzień poświęcony został spacerowi po bilety do Mendozy w Argentynie oraz obiadowi w knajpce trzeciej albo i nawet czwartej kategorii (było smaczne i nikomu nie zaszkodziło!). Po spenetrowaniu, już w nocy, okolic hotelu i skonsumowaniu rozsądnych ilości zupy chmielowej udaliśmy się na spoczynek, skołowani nieco upałem, długim dniem i dość specyficznie wyglądającym otoczeniem. Ja nie czułem się zresztą z początku w Santiago zbyt bezpiecznie, szczególnie, że poruszaliśmy się po ulicach z dala od eleganckiego centrum. Dość powszednim widokiem są bezpańskie psy, które chodzą sobie niewielkimi stadkami, żebrząc o jedzenie. Potrafią one nagle skoczyć sobie do gardeł, a zdarza się, że i pogonią przechodnia, szczerząc groźnie kły. Kolejny dzień to już transport autobusem do Argentyny. Autobus musi pokonać niemal trzy kilometry przewyższenia, zanim wdrapie się na graniczną przełęcz. Ostatni odcinek przed granicą to strome i ciasne serpentyny, podobno bardzo trudno, lub wręcz nieprzejezdne w zimie. Na granicy - jak u nas za czasów żelaznej kurtyny: całkowite rozpakowywanie autobusu, kolejki do okienek, kilka kontroli, kilka deklaracji, a wszystko w ponurym, zniszczonym i obskurnym budynku. Mimo opłacenia "zrzutkowego" haraczu kilka bagaży po uprzednim prześwietleniu zostaje zrewidowanych. Wreszcie ruszamy dalej i po kilku godzinach docieramy do Mendozy, które to miasto, choć położone prawie 200 km od "naszej" góry, stanowi bazę wypadową wypraw na Aconcaguę. To tutaj załatwiamy pozwolenie na wejście do parku narodowego (Parque Provincial Aconcagua), będące jednocześnie upoważnieniem na zdobywanie szczytu, tutaj zaopatrujemy się też w niezbędne paliwo (biały gaz i propan-butan) i uzupełniamy braki sprzętowe. Można też tutaj załatwić bilety lotnicze i autobusowe, czy też kupić mapy rejonu Aconcagui (uwaga! część z nich jest bardzo marnej jakości, nie zgadzają się nawet wysokości i czasy przejść!). Konieczne stają się też odwiedziny tutejszego Carrefoura, celem uzupełnienia zakupów spożywczych, jednak asortyment jest nieco poniżej oczekiwań. "Korzystamy też z życia" - jedzenie w tutejszych restauracjach jest naprawdę smaczne i urozmaicone, centrum miasta tętni życiem i zachęca do zwiedzania. No może menu bezmięsno-bezalergenowe, czyli przeznaczone dla mnie, mogłoby być nieco obfitsze. Ale to w końcu kraj krwistych steków! :) Pogoda potrafi tu spłatać figla - podczas powrotu na kwaterę dopada nas deszcz, a po kilkudziesięciu minutach ulicami płyną prawdziwe, wartkie rzeki. Posiadacze butów trekkingowych byli biedni :). Co do naszej kwatery - młody naganiacz na dworcu autobusowym ściągnął nas do niby-hostelu o dźwięcznej nazwie Ruca Potu, którym zarządza pewien jowialny (czasem może aż nadto jowialny) jegomość. Miejsce jest bardzo przyjazne młodym turystom, wyposażone w kuchnię, basen, stół do ping-ponga, Internet i beczkę z czerwonym winem. Śpimy w wieloosobowej sali, której zresztą większość zajmujemy. Wrócimy w to miejsce jeszcze raz, w drodze powrotnej z gór. Drugiego dnia pojawia się w naszym hostelu kolejna grupa z Polski. Zajmuje nam kilka godzin, żeby zorientować się, że są tu m.in. Przemek Kwarta z żoną! Zresztą rozmowa, podczas której doszło do tego "odkrycia" to istna perełka, niestety jej przebieg bardzo trudno byłoby relacjonować na piśmie. Śmiechu było w każdym razie co niemiara :) W drodze na szczyt będziemy się już spotykać niemal codziennie, jako że wybraliśmy tą samą trasę przez Plaza Argentina. Zdecydowanie dłuższą i przez to bardziej wymagającą niż ultra-komercyjna droga przez Plaza de Mulas. Po jednym dniu przymusowego przestoju w Mendozie (brak autobusu) jedziemy wreszcie w góry. Dokładnie tą samą drogą zresztą, którą przyjechaliśmy tu z Santiago. Tym razem zajmuje to jednak kilka godzin, jako że jest to autobus lokalny, zatrzymujący się po drodze w każdej niemal mieścinie. Widoki za oknem piękne, szosa okolona z każdej strony wysokimi górami o bardzo zróżnicowanej rzeźbie, nastroje przeto przednie. I tak docieramy koło południa do Los Penitentes (penitenty to bardzo specyficzne formy lodowo-śniegowe, które będziemy potem często widywać powyżej Plaza Argentina), gdzie czeka nas pakowanie dobytku w beczki, w których to część naszych rzeczy pojedzie na grzbietach mułów do bazy głównej ? Plaza Argentina. Korzystamy z serwisu firmy Grajales, jednak szczerze mówiąc - nie polecam. Znacznie lepiej zorganizowaną firmą jest swojsko brzmiąca ?INKA?. Przepak zajmie nam wiele godzin, nie mamy bowiem dobrego pomysłu, jak się za całą rzecz zabrać. Pakujemy, rozpakowujemy, ważymy, mierzymy, wreszcie jakoś nam się udaje rozdzielić ładunek na 3 muły. Mocno zmęczeni udajemy się do położonego tuż obok Refugio Aconcagua i po zakwaterowaniu w sześcioosobowym pokoju z łazienką siadamy do kolacji (w cenie pokoju). Jedzenie jest zjadliwe, zwłaszcza, że towarzyszy mu miejscowe piwo, a potem białe wino. Po kolacji, celem "aklimatyzacji" postanawiamy się wspiąć do stacji kolejki krzesełkowej po drugiej stronie drogi. Skończy się to stłuczeniem palca nogi przez Koguta i podrapaniem nóg przez wszechobecne, czepiające się wszystkiego i wszystkich osty. Schodzimy już w całkowitych ciemnościach. Czas spać... Rano dostajemy bardzo skromne i dość śmieszne śniadanie (nadal w cenie pokoju), składające się z kilku sucharów, małego masełka i dżemiku. Do tego kawa lub herbata. Takie śniadanie to w Chile i Argentynie standard! Tylko jak tu przeżyć po czymś takim dzień?? Chwilę później ładujemy się do Land Rovera, nasze beczki lądują zaś na wysłużonym pick-upie. Wyruszamy w stronę wylotu doliny rzeki Vacas, którą będziemy wędrować następne dwa dni. Kierowca zostawia nas na niemal całkowitym pustkowiu, w Punta de Vacas, informując przy tym, że do pierwszego miejsca noclegu - Pampa de Lenas - mamy raptem "trzy godziny spacerkiem". Stwierdzenie to pozostaje nie bez konsekwencji - ruszamy bardzo ostrym tempem, żeby dotrzeć na miejsce jak najszybciej. Dużo za szybkim. Jak się później okazało, wędrówka ta powinna była nam zająć normatywnie ok. 4-5 godzin (jest to ok. 11-12 km), a my przypłaciliśmy nasze tempo dużym zmęczeniem, zwłaszcza, że nie mieliśmy wystarczającej ilości wody (a upał był srogi). Ścieżka prowadzi początkowo wąską i stopniowo rozszerzającą się doliną, okoloną zewsząd szczytami gór. Idziemy raz dnem doliny, samym brzegiem rzeki, później dróżka potrafi wyprowadzić dość wysoko, na piarżyska. Cienia nie ma za grosz, co dość boleśnie odczujemy (dosłownie) na własnej skórze już tego pierwszego dnia. Wreszcie po ok. czterech godzianch marszu docieramy do celu wędrówki - Pampa de Lenas. Jest to spore wypłaszczenie, na którym pomieszczono jeden barak dla strażnika parkowego, dość stare i malutkie schronisko wykorzystywane do celów administracyjnych oraz dwie metalowe toalety (czyste i z bieżącą wodą!). Jest tu też ujęcie wody pitnej. W wielu miejscach usypane są osłony przeciwwiatrowe z kamieni, za nimi rozbija się namioty. Ponieważ docieramy później niż amerykańska komercyjna grupa, miejsc zostało niewiele i nie zachwycają. Na szczęście za bardzo nie wieje. Szybko "meldujemy się" u pracownika parku i dostajemy po plastikowym worku - na śmieci. Musimy się potem z nich rozliczyć, w przeciwnym razie grożą bardzo wysokie kary. Następne trzy godziny będę walczył z nowiutką maszynką wielopaliwową, która nie chce palić na benzynie. Po zweryfikowaniu wszystkich możliwych części i całkowitym rozebraniu i ponownym złożeniu pompy i palnika wreszcie kuchenka działa. To duża ulga, bo kartuszy gazowych nie starczyłoby na całą wyprawę. Po prostu brakowało kilku części (dla zainteresowanych nazwa firmy na maila). W ruch idą pierwsze liofilizaty i już jestem pewien, że się nimi nie najem, a nie bardzo mam "coś więcej". Kalorii brakowało potem przez całą wyprawę. Jak się okazuje, w obozie jest sporo Polaków, w tym bodaj trzy dziewczyny. Część z nich przybyła z grupami amerykańskimi. Mimo iż nie jest to już wysoki sezon, ludzi jest zaskakująco dużo. Następnego dnia staramy się wyruszyć w miarę wcześnie, bo raz, że trasa dłuższa, a dwa, że chcemy zdążyć przed upałem (co jest oczywiście całkowicie nierealne, cały dzień jest upał :)). Następny postój to Casa de Piedra, już powyżej 3200 m. n.p.m. Do przejścia ok. 14-15 km. Niedaleko naszego biwaku przechodzimy przez rachityczny mostek i pniemy się w górę. Tutaj dolina zaczyna się wyraźnie rozszerzać, miejscami jest bardzo rozległa. Mijamy obłe pagórki porośnięte ostrokrzewem, kamieniste odcinki przypominające bardzo nasze gołoborza (pojawiają się tu trudności nawigacyjne), część szlaku prowadzi dnem meandrów rzecznych. W pewnym momencie drogę przecina mi lama - będzie to jedyna lama, jaką widziałem w Argentynie i wygląda na to, że tylko ja ją widziałem. No i mój aparat, więc dowód jest :) W każdym razie wbrew utartym opiniom zwierzę było bardzo łaskawe i mnie nie opluło :) Tego dnia czas jest dla nas łaskawy i nie tak rozciągliwy, w związku z tym już po niecałych pięciu godzinach jesteśmy na miejscu, jako pierwsi zresztą. Tuż przed dojściem do Casa de Piedra z prawej strony doliny (orograficznie) otwiera się widok na cel naszej wyprawy - Aconcaguę. Stanowi ona niejako zwieńczenie doliny rzeki Relincho, którą przyjdzie nam dreptać następnego dnia. Jest strasznie gorąco i dość wcześnie, bezskutecznie szukamy cienia, a przy tym nie chce się jeść. Czas upływa powoli na odkażaniu i zabezpieczaniu otarć nóg (niestety kilku osobom się przytrafiły), powolnym rozbijaniu namiotów, w międzyczasie przychodzą "nasze" muły. Już poprzedniego dnia dało się zaobserwować, że zwierzaki są dość zaniedbane. Stare pasy transportowe obcierają im strasznie boki, pełno jest otwartych ran. Zresztą z oczu tych zwierząt można wyczytać smutek. Ich jedyną rozrywką są ucieczki w dolinę razem z ładunkiem. Na szczęście tuż obok obozowiska pełno jest dorodnej trawy i świeżej wody w strumieniach, więc mogą biedaki odpocząć. Sami mulnicy to bardzo specyficzni ludzie, dość zamknięci i żyjący w swoim świecie. Ich dzień to kolejne transporty tą samą, monotonną trasą, wieczorem wspólna kolacja, której głównym składnikiem jest mięso pieczone na ogniu, do tego trochę pieczywa i wino. I tak dzień po dniu - załadunek, rozładunek, transport, noc pod gwiazdami... Mamy też czas przyjrzeć się trochę ludziom z innych ekip, o dziwo jest tu sporo starszych panów. Ekipy są właściwie bez wyjątku 100%-o męskie. Najczęściej są to grupy zorganizowane, którymi zarządzają dość denerwujący, "wszystkowiedzący" przewodnicy. Fakt - doświadczeni. Jak się później okaże, większość tych ludzi (płacących zapewne ciężkie pieniądze za wyprawę), nie osiągnie szczytu, powoli się wykruszając po drodze. Nie dają rady, mimo, iż mają zapewniony catering, nie muszą też targać namiotów na grzbietach i rozbijać ich w kolejnych obozach? Pod wieczór zaczynają się silne podmuchy wiatru, komuś porywa karimatę, na szczęście my jesteśmy już "rozbici". Dociera Przemek z ekipą, jak się okazuje, stracili gdzieś jeden plecak, ale okoliczności są bardzo niejasne. Będą musieli sporo rzeczy pożyczać od innych ekip, żeby w ogóle móc myśleć o wejściu na szczyt. Niektórzy ludzie okazują się tu bardzo otwarci i śpieszą z pomocą. Na szczęście nie zaginęła insulina i inne przedmioty "pierwszej potrzeby". Noc mija w miarę spokojnie, ale prawie wszyscy mają problemy z zaśnięciem. O dziwo, im będzie wyżej, tym i sen lepszy. Ja najlepiej spałem na niemal sześciu tysiącach! Niżej jakoś średnio wychodziło, zwłaszcza, że szturmowy namiot, który kupiłem przed wyjazdem, niezbyt się sprawdza, niestety. Następnym razem (o ile następny raz będzie) w góry jedzie regularny namiot wyprawowy. Mimo wieczornych zapewnień mulników, nie wyruszają oni wcześnie rano, natomiast my owszem. Cały obóz obudził się przed świtem, jako że mieliśmy mieć koło godziny siódmej zapewnioną przeprawę przez rzekę na mułach. Niestety, okazało się to zwykłą bujdą i rzekę przekraczamy na własnych nogach. Woda ma temperaturę ok. 2-3 stopni, więc nogi po przeprawie są sine. Na szczęście poziom wody był wyjątkowo niski, nurt niezbyt bystry, a rekinów brak. Potem czekało nas mozolne wspinanie się stromą ścieżką na olbrzymie piargi w Dolinie Relincho. Dolina jest dość wąska, w dole rzeka mocno meandruje, a nasza ścieżka to istny "rzęch" - bardzo łatwo można znaleźć się kilkadziesiąt metrów niżej. Jak tutaj dają sobie radę muły?? Wreszcie przekraczamy wał moreny czołowej i naszym oczom ukazuje się bardzo szeroka dolina, wymalowana najróżniejszymi odcieniami zieleni, brązów i czerwieni. Środkiem płynie wartko rzeka, którą niestety znowu musimy przekroczyć. Mi udaje się przeskoczyć nad kipielą, ale to bardzo ryzykowna zabawa. Pablo po swojej próbie musiał bardzo długo suszyć buta, w mokrym iść było nie sposób... Reszta towarzystwa przechodzi rzekę w bród. Czeka nas jeszcze dość długi spacer tego dnia (ponad 11 km), duże jest także przewyższenie - około tysiąca metrów. Sprawę utrudnia fakt, że momentami droga prowadzi przez dno jarów, których dnem płyną czasem boczne dopływy rzeki Relincho. Teraz są przeważnie suche. Idziemy tyłem do słońca, więc nie jest ono tak dokuczliwe jak zwykle, jednak droga ciągnie się niemiłosiernie. Prawdopodobnie daje się nam już nieco we znaki wysokość - tego dnia osiągniemy 4200 metrów. Na tej właśnie wysokości znajduje się Plaza Argentina. Baza położona jest na lodowcu, choć nie da się tego dostrzec - cały pokryty jest rumoszem skalnym. Znajdują się tu duże namioty różnych firm ekspedycyjnych, jeden barak lekarza i drugi straży parkowej, kilka toalet, kilka ujęć wody, dwie lub trzy "restauracje" (drogo i niezbyt smacznie, o czym boleśnie przekonali się Pablo i Gosia, choć następnego dnia część ekipy poszła na pizzę i nawet sobie chwalili). Chętni mogą też skorzystać z usług oferowanych przez firmę INKA - minuta rozmowy przez telefon satelitarny kosztuje (zaledwie) 2 USD, 15 minut dostępu do Internetu do już wydatek 15 USD. Jest to też jedyna firma, która dysponuje w miarę aktualną prognozą pogody ? gratis :) Tylko że jej interpretacja zajęła mi blisko pół godziny! Zaprzyjaźniliśmy się bardzo szybko z tutejszym młodym i sympatycznym lekarzem (na nazwisko miał? Sinatra), potem bardzo często biegaliśmy do niego na pomiary saturacji i ciśnienia. Gorzej było z obsługą bazy - gburowate typy nie zostały obdarzone przez nas sympatią. Ale zameldować trzeba się było, w zamian dostaliśmy kolejne worki plastikowe - tym razem na fekalia. Powyżej Plaza Argentina nie ma już bowiem toalet, a załatwianie się "w pięknych okolicznościach przyrody" zagrożone jest wysoką grzywną. W bazie spędzamy cały kolejny dzień, co jest niezbędne do aklimatyzacji. Powoli przygotowujemy się też do wyniesienia pierwszego depozytu do obozu pierwszego, położonego na wysokości ok. 5000 metrów. Cóż, żarty się skończyły, zaczyna się ciężka praca. Trasa pierwszego transportu prowadzi grzbietem lodowca, który rozparł swoje cielsko w zwężającej się coraz bardziej dolinie. Szlak jest niezbyt przejrzysty, kamienne kopczyki wprowadzają tylko w błąd. Ostatni odcinek drogi do obozu pierwszego to dość strome i męczące podejście po olbrzymim piargu. Tego dnia ostatnie metry były naprawdę bardzo męczące. Po pozostawieniu depozytu schodzimy na dół, ale już inną drogą, równiejszą i krótszą. Niestety, na niektórych odcinkach jest ona dość niebezpieczna, ponieważ prowadzi stromymi, osypującymi się piargami, a upadek grozi lotem to znajdującej się poniżej rynny lodowcowej. Ale i z tej próby wychodzimy obronną ręką. Warto wspomnieć, że jak do tej pory dopisuje nam pogoda. Nawet nocny mrozik jest nam dość na rękę, bo nic nie kapie w nocy na twarz. Para wodna z naszych oddechów zamarza sobie po prostu na powłoce namiotu. Pojawiają się u niektórych pierwsze problemy związane z wysokością, mnie lekko pobolewa głowa. Ale ból mija po pierwszej aspirynie. Z tego, co się dowiadujemy, część osób przybywających do Plaza Argentina musi tego samego dnia schodzić w dół, żeby zapobiec chorobie wysokościowej. My na szczęście zostajemy w komplecie, choć saturacja u niektórych osób pozostawia wiele do życzenia. Pić, pić, pić - jak mówi nam w kółko lekarz :) Kolejny dzień to już przenosiny do obozu pierwszego. W Plaza Argentina zostawiamy swoje niewielkie depozyty, bo część rzeczy nie będzie nam po prostu wyżej potrzebna. Powoli wyruszamy i wkrótce okazuje się, że droga na górę zajmie nam znacznie mniej czasu niż poprzedniego dnia. Aklimatyzacja robi jednak swoje. W obozie 1 nie ma śniegu, rzeka też nie jest zalodzona, jednak wkrótce ma się to zmienić. Następnego ranka wszystko jest już całkowicie pokryte śniegową pierzynką, widoczna wcześniej doskonale droga do obozu drugiego prawie zupełnie znikła. Temperatura też jest niższa, rzeka troszkę przycichła, a do wody trzeba się przekopywać przez warstwę śniegu i lodu. Cóż, chyba zima przyszła. Czeka nas kolejny transport, do obozu drugiego, położonego na wysokości około 5800-5900 metrów. Pogoda jest stabilna i prawie bezwietrzna, ale marsz pod górkę części z nas daje się we znaki. Wysokość jest coraz wyraźniej odczuwalna. Gosia już w obozie pierwszym ma silny ból zęba, który był leczony miesiąc wcześniej kanałowo. W praktyce uniemożliwia to zaśnięcie. Piguły nie pomagają. Jednak dzielna dziewczyna decyduje się iść na górę. Jak się później okaże, jakieś 40 minut od obozu drugiego Gosia i Pablo porzucą swój depozyt i zawrócą, krótko po tym, jak u Gosi wystąpi obrzęk twarzy związany najprawdopodobniej z odwodnieniem - na tych wysokościach woda to podstawa. Reszta ekipy pozostawia swoje depozyty w "dwójce", która tego dnia jest bardzo nieprzyjazna i niemal całkowicie opustoszała. Jest pochmurno i wieje zimny wiatr. Taka pogoda jest bardzo deprymująca. Zbiegamy zatem na dół z bolesną świadomością, że i tak wkrótce znów będziemy podchodzić tą samą drogą :/ A następnego dnia aura nie była już tak łaskawa. W "jedynce" wszystko było w porządku, jednak na naszej trasie powyżej obozu wyraźnie widoczne były efekty działalności słynnego "viento bianco" - białego wiatru, który wydmuchiwał ogromne pióropusze śniegu zza grani. Osobiście byłem za opóźnieniem wyjścia o jeden dzień, jednak jedna ekipa za drugą wyruszały do góry. Wyruszyliśmy też i my. To, co się działo potem, należy do zdecydowanie najmniej przyjemnego rozdziału naszej wyprawy - w pewnym momencie znaleźliśmy się na odsłoniętym terenie i w pełni dało się odczuć siłę wiejącego wiatru. Marzły ręce i stopy, śnieg wciskał się w każdą szczelinę, widoczność momentami była bardzo ograniczona. Przy silniejszych powiewach nawet oddychanie było bardzo utrudnione. A do tego nasza ścieżka była niemal natychmiast zasypywana przez śnieg, co powodowało, że właściwie każdy musiał sobie torować drogę. Czas przejścia tego odcinka wydłużył się w moim przypadku aż do siedmiu godzin, a w obozie drugim miałem już tylko siłę na to, żeby wpełznąć do śpiwora. Tej nocy spaliśmy tylko w dwóch namiotach wyprawowych, mały szturmowy przy tak silnym wietrze (który utrzymał się zresztą całą noc) odleciałby prawdopodobnie w siną dal wraz z zawartością. Na szczęście nad ranem wiatr się uspokoił, dało się więc w dość komfortowych warunkach ogarnąć nasz sprzęt i coś przekąsić. W ciągu dnia udało mi się też rozstawić namiot szturmowy, w którym miałem samotnie spędzić kolejną noc. Zaczęły zapadać decyzje co do strategii atakowania szczytu. Ja z Kogutem wybraliśmy opcję ambitniejszą, czyli atak bezpośrednio z obozu drugiego. Mieliśmy wyruszyć w nocy około godziny czwartej. Reszta towarzystwa zdecydowała przenieść się do obozu trzeciego, znajdującego się nieco wyżej, około 3 godzin marszu od "dwójki". Jak się później okazało, była to chyba lepsza opcja. Pogoda zapowiadała się nieźle, niestety w nocy znowu rozhulał się bardzo mocno wiatr. Mój namiot trzymał się chyba tylko dzięki temu, że był przytłoczony do podłoża moim ciężarem. Skutki były łatwe do przewidzenia - do godziny drugiej w nocy, kiedy to mieliśmy wystartować na szczyt, praktycznie nie zmrużyłem oka. Ale oprócz niewyspania samopoczucie było zaskakująco dobre. Po wypiciu herbaty, zjedzeniu symbolicznego śniadania i przygotowaniu herbaty do termosów wyruszyliśmy w noc. Była godzina piąta. Początkowo szliśmy we trójkę - ja, Kogut i Michał, który nie należał do naszej ekipy, ale z którym się w międzyczasie zaprzyjaźniliśmy. Pokonywaliśmy trawers prowadzący do połączenia z "drogą normalną" na szczyt, wiodącą z Plaza de Mulas. Niestety musieliśmy torować w śniegu, co kosztowało sporo czasu. Już po wschodzie słońca (bardzo pięknym zresztą) docieramy do skrzyżowania szlaków, miejsce to nazywa się bodaj Piedras Negras (ok. 6210 m. n.p.m.). Podczas krótkiego odpoczynku zjadam pierwszego z przeznaczonych na atak szczytowy batonów energetycznych, przywiezionych specjalnie z Polski. Jeszcze nie wiem, że w ten przedziwny sposób odebrałem sobie możliwość wejścia na szczyt... Dookoła jest sporo ludzi, podążających małymi kroczkami na szczyt. Wygląda to trochę jak marsz żywych trupów. Poziom wyposażenia jest najprzeróżniejszy - od żenującego do high-pro. Włączamy się (nie bez niechęci) w ten ludzki potok i powoli pniemy się w górę. Aż do schronu Independencia (uwaga! jest on zdewastowany i nie nadaje się do użycia!) znajdującego się na wysokości ok. 6400 metrów wszystko idzie świetnie, nasza (już pięcioosobowa) grupa trzyma się razem, nikt nie ma najmniejszych symptomów choroby wysokościowej. Niestety na kolejnym odcinku, przy pokonywaniu trawersu zachodniej ściany góry (miejsce to nazywa się bardzo ładnie ? ?El Portezuelo del Viento? - Drzwi, lub jeszcze ładniej ? ?Wrota Wiatru?) zaczynam powoli zostawać z tyłu. Na trawersie tym nawet w spokojne dni wieje dość silny wiatr, stąd nazwa, ale tego dnia, o dziwo, panuje zupełna cisza! Daleko w dole majaczą zabudowania i namioty rozstawione na Plaza de Mulas. Wygląda to z góry jak całkiem duże miasteczko. Gdy docieram z coraz większym trudem do skał znajdujących się na wysokości 6700 metrów, przy których zaczyna się najtrudniejszy odcinek całej drogi na szczyt, słynna Canalleta (jest to około 200-metrowy, stromy żleb, o nachyleniu do 45 stopni, tym razem pokryty śniegiem), reszta ekipy wyprzedza mnie już o przeszło godzinę. Pod skałami leży mnóstwo plecaków, większość towarzystwa jak widać decyduje się na przebycie ostatniego odcinka drogi ?na lekko?. Mimo, iż piję bardzo dużo wody i herbaty, niezwykle szybko opadam z sił. Jest gorąco, słońce praży, praktycznie nie ma wiatru. Można by rzec, że to wymarzona pogoda na wejście na szczyt. Powoli, noga za nogą wlokę się dalej. Czuję się coraz bardziej wyczerpany, momentami mam nawet ochotę sobie przysnąć. Wreszcie i ja zostawiam po drodze plecak, przywalając go kilkoma ciężkimi kamieniami, żeby nie ?uciekł?, zabieram ze sobą tylko niezbędne ciuchy i camel-baga. Mozolnie pokonuję kolejne metry stromego podejścia. Wreszcie po dłuższym czasie wychodzę na trawers biegnący w lewo, tuż pod granią prowadzącą na szczyt. Ścieżka prowadzi dalej już tylko nieznacznie w górę, pokrytą kamieniami połać szczytową Aconcagui widać stąd już bardzo wyraźnie? I w tym właśnie miejscu natykam się na pięcioosobowy patrol ratowników górskich, który schodzi właśnie ze szczytu, sprowadzając "niedobitków" na dół. Szef patrolu sugeruje mi zejście, argumentując, że pora jest już dość późna (było po siedemnastej), do szczytu wciąż pozostaje 40 minut-godzina drogi, a pogoda na górze może się bardzo szybko zmienić. Staram się dyskutować (bo czym jest w końcu 40 minut wobec 11 dni, które minęły od wejścia do Doliny Vacas??!), ale chłopcy przechodzą płynnie od sugestii do gróźb i wygląda na to, że nie będą chcieli ustąpić. Być może widzieli po prostu, że jestem w kiepskim stanie. Siedzę na kamieniu czując się jak idiota - o rzut beretem przed sobą widzę Koguta i Michała krzątających się na szczycie, ba!, słyszę wyraźnie niemal każde ich słowo. Z drugiej strony ratownicy straszący mnie nie podejmowaniem interwencji w razie, gdybym potrzebował pomocy i świadomość, że sił może starczy mi jeszcze na wejście na szczyt, ale co potem? Ku wyraźnej uldze członków patrolu podejmuję w końcu decyzję o zejściu na dół. Oni sami pobiegli przodem, asekurując linami dwóch skośnookich jegomościów, jednak popatrywali na mnie co i raz, czy czasem nie ruszę w stronę szczytu. A ja siedziałem dalej na tym kamieniu, wściekły, trochę smutny i bardzo wyczerpany. Wreszcie zacząłem powoli schodzić, ale nogi jakoś tak się plątały i było generalnie coraz gorzej i gorzej. Godzinę później Kogut z Michałem dogonili mnie, nieświadomi jeszcze, że czeka ich wielogodzinne, ?awaryjne? towarzyszenie mi do obozu drugiego. Zejście trwało całe wieki (wszak to kilometr w pionie i kilka kilometrów w poziomie) i dla mnie było to dość koszmarne doświadczenie. Nadal nie wiedziałem jednak, co się stało, byłem przekonany, że po prostu rozchorowałem się, a gorączka wywołała osłabienie. Dopiero następnego dnia, po szczegółowej analizie wydarzeń, doszliśmy do tego, co się właściwie wydarzyło. Otóż wspomniany wcześniej baton zatkał po prostu wypust żołądka, nie pozwalając płynom przedostać się dalej, do jelita. Spowodowało to z jednej strony silne odwodnienie (co skutkowało wyczerpaniem organizmu), a z drugiej potworną zgagę, która dokuczała mi bardzo na podejściu. Sprawa zakończyła się dopiero następnego dnia nad ranem, kiedy to musiałem trzykrotnie opuszczać ciepły śpiwór. W końcu cztery litry płynów nie mogły gdzieś zaginąć bez śladu ;) Nauka na przyszłość - najpierw dużo picia, potem trochę jedzenia. Szkoda tylko, że nauka przyszła w takim miejscu :) A nazwę producenta felernego batona zainteresowanym mogę przesłać mailem. Monika z Luckiem zdobyli szczyt z obozu trzeciego następnego dnia, natomiast Gosia i Pablo, którzy w końcu zdecydowali się startować na szczyt z "dwójki", zrezygnowali ze względu na problemy z krążeniem u Pabla. Przemek Kwarta z żoną zdobyli szczyt 14 lutego, a więc w dzień zakochanych :) Teraz są już w drodze powrotnej do Polski. Nasza sześcioosobowa ekipa zdobyła szczyt w stosunku 50/50, nikt nie poniósł żadnego uszczerbku na zdrowiu. Chyba wszyscy z ulgą schodzili na dół, bo góra, mimo dobrej pogody, dała wszystkim w kość. Czy to fizycznie, czy to psychicznie. Powrót na dół też obfitował w różne ciekawe perypetie - a to mułów nie było (na szczęście mulnicy z innej firmy okazali nam serce i za stosunkowo niewielką opłatą zabrali ?na lewo? nasze rzeczy na dół), a to rzeka podniosła znacznie swój poziom, prawie uniemożliwiając przejście, a to znowu źle oszacowaliśmy czas zejścia na dół i włóczyliśmy się w środku nocy po górach, z gasnącą nadzieją na odnalezienie naszego obozowiska i naszych mułów... Ale potem był jeszcze słoneczny, spokojny czas w Los Penitentes i w Mendozie, a wino, które tam piliśmy, było obłędnie dobre i działało jak balsam zarówno na ciało, jak i na skołataną duszę... :) Piętnastego lutego wieczorem opuszczałem samotnie Mendozę, udając się do Santiago de Chile. A tutaj czekał już na mnie samolot do Hiszpanii. Jeszcze przesiadka w Madrycie i... witaj szara, polska rzeczywistości? Teraz zadaję sobie tylko pytanie - czy to była ostatnia wyprawa w góry wysokie, czy... Czas pokaże. 20.02.2008 AW Galeria zdjęć z wyprawy na Aconcaguę 2008 >>>
|